Styl gdańskich dam w XVII wieku

Gdańsk w XVII wieku był nie tylko prężnym ośrodkiem handlu i rzemiosła, ale również… stolicą mody! Lokalnym damom w tamtych czasach z pewnością trudno byłoby usłyszeć, że „nie mają się w co ubrać”, ponieważ ich skrzynie i szafy były przepełnione po brzegi. Każde wyjście na ulicę było dla nich niczym okazja do małego modowego „defile”. Od surowych kapeluszy po lekkie francuskie suknie – moda w siedemnastowiecznym Gdańsku była tak różnorodna, że nie sposób opisać jej w kilku słowach. Od rana do późnej nocy ulice miasta zamieniały się w nieustający pokaz mody, pisze gdanskivchanka.eu.

Styl jako wyznacznik statusu

Na brzegach Motławy, gdzie rozciągał się urokliwy Gdańsk, w 1650 roku nie było, co oczywiste, centrów handlowych. Jednak obserwując stroje ówczesnych dam, trudno było w to uwierzyć – tak wytwornie się prezentowały. Nie da się jednoznacznie scharakteryzować mody gdańskiej XVII wieku – według historyków, była to prawdziwa mozaika trendów. Gdańszczanki łączyły w swoich codziennych stylizacjach polskie i niemieckie tradycje, dodając do nich elementy zaczerpnięte z włoskich, hiszpańskich, angielskich i francuskich trendów. Kobiety tamtych czasów nie martwiły się, że stylistycznie różne elementy mogą stworzyć nieudane połączenie: potrafiły je umiejętnie zestawiać. I tak, na ulicach miasta można było spotkać mieszczankę w hiszpańskim kapeluszu, francuskiej sukni, włoskich pantoflach i z polską chustą narzuconą na ramiona.

Zamożne mieszkanki Gdańska bardzo ceniły swoją garderobę i przekazywały ją w spadku. Historykom i regionalistom udało się odnaleźć testamenty z XVII wieku, których treść zaskakuje przepychem. Na przykład, z zapisu jednej zamożnej damy dowiadujemy się, że, przygotowując się na wieczność, pozostawiła dzieciom i wnukom trzy futra, sześć luksusowych płaszczy obszytych futrem i aksamitem. Listę uzupełniało trzynaście sukien, dwie pary skórzanych rękawiczek, dwa fartuchy, cztery koszule oraz jedwabna parasolka.

Ówczesny Gdańsk był miejscem, gdzie nawet służące prezentowały się wytwornie, mając garderobę, której mogłaby pozazdrościć niejedna mieszczanka z XXI wieku. W porównaniu z bogatymi gdańszczankami, ich arsenał odzieży był oczywiście skromniejszy. Świadczy o tym testament pokojówki Elżbiety, która pozostawiła bliskim czterdzieści koszul, tyle samo chusteczek do nosa, dwadzieścia dwie chusty na szyję, kilkanaście czepców, dwa kołnierzyki, dwie pary białych mankietów oraz spódnicę ozdobioną sznurami. Z wierzchniej odzieży zapisała dwa żakiety i sobolową czapkę, a także kilka poszewek na poduszki – te miały przydać się w gospodarstwie domowym.

Ewolucja mody

Wiek XVI w Gdańsku upłynął pod znakiem mody burgundzkiej – damy nosiły obcisłe suknie-tuniki, wysokie czepce z welonami i trzewiki ze szpiczastym noskiem, a mężczyźni preferowali kamizele z baskinką i skórzane spodnie. Jednak już w kolejnym stuleciu modne stroje burgundzkie pokrywały się kurzem, a nosiły je chyba tylko kobiety, które zupełnie nie śledziły najnowszych trendów. Wówczas Europę podbiła moda hiszpańska, która dotarła do Gdańska przez Niderlandy.

Był to barok w czystej postaci: drogie tkaniny, aksamit haftowany złotem i srebrem, fantazyjne wzory i ozdoby. Pod spódnicami kobiet pojawiły się metalowe stelaże, które skromnie ukrywały atuty kobiecej figury. Szczególnie popularne w tym okresie były fartuchy, koronki, falbany, wstążki oraz biały kołnierz-kryza. A kapelusze nosili wszyscy mieszkańcy Gdańska, niezależnie od płci.

Moda w Gdańsku była zróżnicowana nie tylko dla kobiet, ale i dla mężczyzn. Oni również dbali o swój wygląd i starali się nie odstawać od uroczych pań. Kupcy, a nawet niektórzy rzemieślnicy, ubierali się w ciemne kamizele z bufiastymi rękawami, płaszcze, krótkie spodnie i wysokie kapelusze z piórami. Śmiało też łamali mit, że biżuteria jest tylko dla kobiet, dodając do swoich stylizacji jaskrawe guziki, hafty, błyszczące łańcuszki i zapinki.

Dekret o strojach – czyli „Zastaw mód”

Stroje uszyte zgodnie z hiszpańskimi trendami wyglądały luksusowo, ale niestety w ogóle nie były wygodne. Jednak komfort rzadko bywa priorytetem, gdy w grę wchodzi piękno. Byli jednak tacy, których hiszpańska moda bardzo irytowała – miejscy radni. I nie dlatego, że nie podobały im się suknie gdańszczanek. Nie podobało im się, że ubrać się w nie mogła każda służąca, niczym nie różniąc się od patrycjuszki. Pomylić pokojówkę z mieszczanką nie chciał nikt, dlatego Rada Miasta postanowiła, że ubiór ma odzwierciedlać status społeczny.

Zgodnie z tą uchwałą, mieszkańców miasta podzielono na pięć grup. Najniższa warstwa – robotnicy i słudzy – miała prawo nosić tylko najprostsze tkaniny, o wartości nie większej niż 3 guldeny za łokieć. Słudzy mogli kupować futra, ale tylko z lisa lub kuny. Sobole i gronostaje były dostępne tylko dla mieszczan z najwyższej grupy społecznej.

Jednak ten dekret niemal doprowadził do buntu. Piwowarzy oburzali się, że zostali zrównani z kramarzami, a kramarzi z kolei nalegali na równość z piwowarami. Ostatecznie, Rada Miasta była zmuszona wycofać się ze skandalicznej uchwały.

Z czasem hiszpańską wstrzemięźliwość w ubiorze zastąpiła francuska lekkość i otwartość. Coraz częściej na ulicach Gdańska można było zobaczyć kobiety z otwartym dekoltem, co początkowo odbierano tak, jakby paradowały nago. Ale po wstępnym szoku moda francuska podbiła serca – zarówno kobiece, jak i męskie.

I choć mieszkankom Gdańska dobrze znane było powiedzenie „Nie szata zdobi człowieka”, przez całe swoje życie udowadniały, że niekoniecznie trzeba się do niego stosować.

....